x
Serwis używa ciasteczek (cookies) – plików zapisywanych na dysku, w celu zapamiętywania informacji o korzystaniu z serwisu przez użytkownika (więcej).
Użytkownik zawsze może skonfigurować cookies w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.
strona główna strona główna
strona głównaPolish strona główna
zapowiedzi
nowości
księgarnia
Archiwum tytułów
recenzje
wydarzenia
punkty sprzedaży
o wydawnictwie
kontakt
do autorów
galeria
zaprzyjaźnione miejsca
Polskie Towarzystwo Mertonowskie


Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, zapisz się na listę:
Imię:
 
E-mail:
 

Dotpay

Karta pozycji – recenzje
Muzyka starożytnej Grecji i Rzymu

RECENZJE

TELEFON Z GRECJI

Dariusz Czaja

1. Starożytna Grecja została za nami. Obserwować ją możemy już tylko w ciemniejącym lusterku wstecznym. Konstruujemy nieprzerwanie, pokolenie za pokoleniem, wyobrażenia tamtego świata. I w tej paradoksalnej sytuacji obecności/nieobecności, kiedy starożytni Grecy stali się dla nas, jak to z nie zawsze uświadomioną dwuznacznością powiadamy: przedmiotem wyrafinowanych studiów akademickich, pytać możemy, a może nawet powinniśmy, o czym w istocie mówimy.
Jaki obraz greckiej starożytności skłonni uznać jesteśmy za prawdziwy i autentyczny? I dlaczego? Mieliśmy już i olimpijskie słońce Winckelmanna, i dionizyjską frenezję Nietzschego. Jaki obraz przemawia do nas dzisiaj?
2. Materia przydatna badaczom do rekonstrukcji przeszłości to świadectwa zmysłowo postrzegalne, a dokładniej rzecz ujmując, dane naocznie. Obojętne, czy mamy do czynienia z rzeźbą, architekturą, czy z zapisem tekstu tragedii. Bezwzględny tryumf oka.
No dobrze, ale co z głosem? Co z muzyką grecką? Jak ona brzmiała? Jak była wykonywana? Jakie było jej miejsce i rola w życiu codziennym, a jak używano jej w misteriach i tragediach? Obraz grecki - prawda, że fragmentarycznie i szczątkowo - zachował się jednak do czasów współczesnych; fonię wyłączono nam całkowicie.
Ci, którzy znaleźli się w pewien majowy wieczór w krakowskiej „Rotundzie”, mieli rzadką okazję, by - okiem i uchem - zmierzyć się z zarysowanymi wcześniej trudnościami. Odbyła się tu bowiem prezentacja książki Johna G. Landelsa Muzyka starożytnej Grecji i Rzymu. Wydawnictwo Homini opublikowało ją niezwykle starannie. Mam na myśli nie tylko zgrabny projekt graficzny oraz sprawne językowo i wsparte kompetencją muzykologiczną tłumaczenie Macieja Kazińskiego. Ale i coś jeszcze: książka została zaopatrzona w płytę kompaktową z nagraniem muzyki grec... Cierpliwości, o tym za moment, bo materia sprawy wielce delikatna.
3. Na początek oddajmy na krótko głos Landelsowi; praxis musi być poprzedzona przez theoria. Książka brytyjskiego filologa, znawcy nie tylko języka starogreckiego, ale i również problemów mechaniki starożytnej, jest jednym z najlepszych studiów wprowadzających w świat historii muzyki antycznej od czasów Homera po cesarza Hadriana. Nas interesować będzie jej grecka odsłona.
Kreśli autor bardzo sugestywną i przekonującą wizję muzyki w greckiej starożytności. Pokazuje, jak ważna wówczas była to sfera życia. Na równych prawach spotykają się tu wątki mityczne i religijne z precyzyjnymi informacjami na temat greckich skal, interwałów, wyglądu i funkcji instrumentów. Mamy też kompetentny wykład zasad greckiej nauki o akustyce. I chociaż Landels dłuższy fragment poświęca Orfeuszowi i Marsjaszowi, dwóm najważniejszym personom greckiej „muzycznej” mitologii, najbardziej odkrywcze i najciekawsze partie książki to te, w których z filologa przedzierzga się on w muzykologa, akustyka czy wręcz budowniczego instrumentów. Kto z nas wie, jak naprawdę działały aulos, kitara, syringa (o ile słyszał wcześniej o ich istnieniu), jaki rodzaj dźwięku można było z nich wydobyć? Kto ma pojęcie o tym, co to były organy wodne? Kto wie, że plagiaulos (rodzaj fletu poprzecznego) był instrumentem dętym „o stroiku wkładanym do gniazda znajdującego się blisko końca instrumentu pod kątem prostym lub rozwartym w stosunku do piszczałki”? Retoryczne, jak sądzę, pytania.
Takich „inżyniersko” precyzyjnych fragmentów jest w książce bez liku, co zdaje się potwierdzać domniemanie, że na temat technicznej strony uprawiania muzyki w Grecji Landels wie niemal wszystko. Fascynujący jest też rozdział o związkach między muzyką i słowem. Przyzwyczajonych do rozróżniania jedynie między czarnym i białym, czyli między dur i moll, zadziwi zapewne rozrysowana przezeń detalicznie lista skal używanych w Grecji.
Już z tego skrótowego anonsu widać, że w wielu partiach nie jest to książka łatwa. I choć Landels pisze niezwykle klarownie, bez elementarnego muzycznego przygotowania ciężko przebrnąć przez niektóre najeżone muzykologiczną terminologią strony. Tych jednak, których nie przestraszy „tetrachord enharmoniczny” czy „skala miksolidyjska”, czeka odkrycie nowego, nieznanego i może nieprzeczuwanego wcześniej świata dźwięków. Landels, jak mało kto, pozwala zorientować się w bogactwie i różnorodności greckiej fonosfery.
4. Podczas spotkania w „Rotundzie” po wielce zajmujących filologicznych i historycznych rozmowach przyszła pora na żywą lekcję muzyki. Wystąpiła Orkiestra Antyczna, której nagranie zawiera wspomniana płyta. Założoną przez Macieja Rychłego i Tomasza Rodowicza formację znamy już z wcześniejszej płyty z muzyką do Metamorfoz według Apulejusza, spektaklu teatru „Gardzienice”. Teraz Orkiestra usamodzielniła się. W dalszym ciągu występują w niej gardzieniccy aktorzy, ale jest to już autonomiczny projekt muzyczny.
A właściwie coś więcej: pomyślany na kilka lat projekt czytania znaków greckiej przeszłości. Jego osobliwość w tym, że zakłada w punkcie wyjścia aktywną - a to oznacza: twórczą rekonstrukcję świata greckiej muzyki. Chodzi nie tylko o „archeologiczne” poszukiwania, ale też o wykonywanie greckiej muzyki. Mało tego: projekt obejmuje też rekonstrukcję greckich instrumentów. Kilka z nich można było zobaczyć i usłyszeć na koncercie.
I tu wracamy do wielokropka. Czy muzyka zaprezentowana przez Orkiestrę to prawdziwa muzyka starożytnej Grecji? Przyznajmy, trudno nie mieć wątpliwości. Nie tylko dlatego, że do dzisiaj zachowało się ledwie kilkadziesiąt fragmentów greckich oryginałów. Rzecz w tym, że nie wiemy i wiedzieć nie będziemy, jak ta muzyka faktycznie brzmiała. Żadne odkrycia muzykologiczne niczego tu nie zmienią. Sama, choćby prawidłowo odczytana, notacja muzyczna, to jeszcze nie śpiew.
Dopiero uświadamiając sobie tę deprymującą poznawczo okoliczność, znajdziemy właściwą miarę do oceny tego, co jest przedmiotem studiów Orkiestry Antycznej. Nikt przecież nie upiera się (daję głowę za Rychłego i Rodowicza), że w jej wykonaniach słyszymy prawdziwą muzykę greckiego antyku. Nikt tu na siłę nie wciska się w chiton, nikt nie udaje Greka. Nazwałbym ich projekt muzykologią światów możliwych. Nie prawda, ale prawdopodobieństwo byłoby tu wartością przewodnią. Muzycy mają pełną świadomość nie tylko rekonstrukcji (co oznacza również uzupełnianie, dopisywanie „greckich” nut) wątłego materiału muzycznego, ale też i nieusuwalnego poczucia przynależności do swojego czasu.
Ale dystans czasowy nie jest tu przeszkodą. Niezwykle cenne w projekcie Orkiestry jest żywe podejście do przeszłości. Podejście, które sytuuje się na antypodach tak wykpiwanej przez Nietzschego postawy antykwarycznej. Antykwaryzm historyczny - przypomnijmy jadowite frazy z Niewczesnych rozważań - daje w efekcie „obrzydłe widowisko ślepej manii kolekcjonerstwa”; antykwarysta „potrafi jedynie zachowywać życie, nie umie go tworzyć”. Skazany jest na jałową celebrację bytów martwych.
Łatwo, naturalnie, ględzić, że to, co robi Orkiestra Antyczna, nie jest „prawdziwą muzyką greckiego antyku”. Przede wszystkim dlatego, że możliwość weryfikacji tej tezy jest z definicji żadna. Nie mamy dostępu do owej mitycznej pierwotności rzeczy minionych. Zdani jesteśmy na podbudowaną erudycją pracę wyobraźni. Bo tylko ona ma moc wyczarowywania z niebytu żywego obrazu przeszłości. A jak to było naprawdę? Mój Boże, to już naprawdę nie mamy lepszych zajęć...
5. W swojej ostatniej, niezwykle intrygującej książce Grammars of Creativity George Steiner sięga po telefon. No dobrze, po „telefon”. Śledząc fascynujące związki między tradycją a innowacją, pytając o to, co w istocie znaczy tworzyć, pisze tak: „Chociaż składniki tego słowa są tak stare jak antyczna Grecja, każde zdanie zawierające termin «telefon» jest innowacją w stosunku do wszystkich zdań wcześniejszych od Alexandra Grahama Bella”. „Telefon”, przypomnijmy, jest złożeniem dwóch językowych cząstek: tele - daleko i phone, dźwięk, co w efekcie daje sugestię głosu, dźwięku płynącego z oddali.
W moim przekonaniu tylko porównanie z tym, co zrobiono dotąd w materii odpominania greckich dźwięków, ma jakiś sens. Dopiero ustawiając obydwie płyty Orkiestry Antycznej na tle nagrań - by wybrać coś z górnej półki - Paniaguy czy Tabourisa, można uzyskać obraz bardziej wyrazisty. Telefon Orkiestry brzmi dla mnie i ciekawiej, i bardziej przekonująco.

(recenzja z Tygodnika Powszechnego nr 26 z 29 czerwca 2003)

-------------------------------

JEDNA GODZINA MUZYKI


Z Maciejem Rychłym i Tomaszem Rodowiczem,
twórcami Orkiestry Antycznej Teatru Gardzienice, rozmawia Jan Kawiorski

JAN KAWIORSKI: - To, co zostało z muzyki starożytnych Greków, można porównać do kilku maleńkich skorupek, które pozostały ze wspaniałej wazy. Jak ją odtworzyć?

MACIEJ RYCHŁY: - Z całej antycznej muzyki zachowało się 61 króciutkich fragmentów, ledwie godzina muzyki. Ale już to wystarczy, by zyskać wyobrażenie o jej bogactwie. Rekonstrukcja każdego utworu zaczyna się od odnalezienia jego stylu. Początek i koniec pieśni bardzo często określają skalę muzyczną, a za nią styl. Gdy wypełniam luki, staram się iść za ukazanym gestem. Chcę odczytać charakter myślenia, ruchu, tropu, którym szli kompozytorzy 2 - 2,5 tys. lat temu.

- Jakimi drogami chodziło ich natchnienie?

RYCHŁY: - Muzyki antycznych Greków nie można bezpośrednio porównać z istniejącymi tradycjami ludowymi lub z inną muzyką znaną z historii. Pracując nad jej dźwiękami, odkrywasz świat, w którego istnienie chwilami zaczynasz wątpić. Zachowały się okruchy, ale i w nich dzieją się muzyczne cuda. 2,5 tys. lat temu grecka kultura muzyczna przeżyła podobne wstrząsy, jak muzyka europejska na progu XX w. Znaleźli się kompozytorzy niemal tak awangardowi jak ci, których znamy z Warszawskiej Jesieni. Melanipides, Kinezjasz, Timotejos przestali tworzyć peany, zaczęli pisać dytyramby, rozbili kanon muzyki apollińskiej, tworzyli melodie pogmatwane niczym mrówcze korytarze. Podobna rewolucja jak ta, którą zgotowali nam kompozytorzy XX wieku. Przedtem Grecy nie myśleli o kompozytorach jak o artystach. Kompozytor, a więc melopoios, to był rzemieślnik, który potrafił z melosu żywej mowy wyłonić śpiewną melodię muzyczną.

TOMASZ RODOWICZ: - Mieli skodyfikowany system skal i z góry było wiadomo, jaką skalę zastosują, by napisać pieśń miłosną czy muzykę do tragedii. Muzyka była rozpoznawalna po pierwszych dwóch, trzech dźwiękach. I pojawili się muzycy, którzy złamali te zasady. Wprowadzili nowe skale, nowe harmonie. Zmienili instrumenty, dodali nowe struny - na początku Grecy używali 4 strun, potem nawet do 11.

- Dotąd wyobrażenie o antycznej kulturze muzycznej skłaniało raczej do szukania analogii w muzyce ludowej.

RYCHŁY: - Mikis Theodorakis, słynny grecki kompozytor, powiedział mi, że muzyczny antyk do dzisiaj żyje w tawernie greckiej. Chylę czoło przed Theodorakisem - ale w zachowanych zapisach trudno znaleźć muzyczny trop, który przywoływałby współczesną muzykę grecką graną na buzuki.

- Co to więc znaczy: brzmieć grecko?

RYCHŁY: - Muzyka starożytnej Grecji ma urok bliżej nieznanej muzyki ludowej, ale oparta jest na ścisłej teorii. Jest pomiędzy Dionizosem a Apollinem, między tym, co żywiołowe, a tym, co intelektualne. Przecież w Delfach, skąd pochodzi większa część muzyki, z którą pracujemy, czczono i ekstatycznego Dionizosa, i Apollina, uosabiającego światło słoneczne, myśl.

RODOWICZ: - Grecy poznawani dzięki ich muzyce okazują się żywsi, radośniejsi, obdarzeni ogromną wrażliwością i energią. Muzyka pełniła u nich wielorakie funkcje, od terapeutycznych po religijne. Zdumiewa mnie ogrom jej możliwości. I zdumiewa mnie, że została tak zapomniana.

- Zapomniana na jak długo?

RYCHŁY: - Po Grecji przyszedł Rzym. Rzym do Grecji ma się tak, jak dziś Ameryka do Europy. Rzymianie idą śladem Greków, ale wszystko jest u nich upotwornione, wielkie. Grecka forminga była zbudowana na miarę człowieka, w Rzymie jest takiej wielkości, że można by osła do niej zaprząc. Rzymianie zlekceważyli teorię muzyczną, rozwinęli za to ekspresję, i to w kierunku jarmarcznym. A potem świat grecki przepadł zupełnie. Instrumenty greckie wędrują na północ, do barbarzyńców, grecka tradycja znika z liturgii. Do kościoła wchodzi muzyka syryjska, orientalna - muzyka pustyni, pełna melizmatów, śpiewana gardłowym głosem, zanurzona w pogłosach świątyni, jakby we mgle. I rodzi się z tego chorał.

- Antyk przez cały czas spoczywał jednak gdzieś w głębi muzyk różnych regionów Europy.

RODOWICZ: - Stanisław Vincenz, autor huculskiego eposu Na wysokiej połoninie, był przekonany, że to na Huculszczyźnie zachowała się żywa tradycja antyku. Przystępując do pracy nad Metamorfozami według Apulejusza właśnie u Hucułów szukaliśmy muzyki. Potem Maciej zaproponował odtworzenie muzyki sczytanej z kamieni. Idea Vincenza jest poetycka. My z Maciejem jesteśmy bardziej konkretni. W żywych tradycjach szukamy klucza, który pomógłby nam czytać starożytną muzykę.

RYCHŁY: - Trudno oczekiwać, że w tradycji żywego przekazu przechowają się jak w bursztynie zabytki przeszłości. Jest piękna metafora rzeki - w środku ruch, a na brzegach woda stoi i wiruje w baniorach. Gdzieś na peryferiach kultury są ostańce, które wymknęły się jej głównemu nurtowi. Obserwowałem, pracując w międzynarodowym zespole, jak ludzie wspaniale śpiewali pieśni ze swych krajów i niemal zasypiali, gdy śpiewano pieśni z kraju ościennego. Gdyby zrobić etnooratorium utkane z różnych wątków etnicznych, może ono być dla nikogo. A z muzyką Greków jest tak, że w każdej tradycji mógł zachować się jej ślad. Może być formą jednoczącą wysiłek artystyczny grupy, symbolem łączącym ludzi z różnych ekumen, z różnych nacji.

- Wspomnieliśmy o podobieństwie rewolucji muzycznej z V w. przed Chrystusem i tej dwudziestowiecznej. Czy w innych obszarach kultury też dostrzegają Panowie analogie między tamtymi czasami a teraźniejszością?

RYCHŁY: - Podobieństwo jest zbyt szokujące, by je ignorować. Jak wtedy, i dziś jest ten ląd inny, na który wyeksportowano kulturę, jest moment rozpadu form, kiedy kładzie się nacisk na siłę, na szok, na efekty wręcz fizjologiczne - kosztem rozwijania systemu. Tak było za czasów Eurypidesa, kiedy komponowali dytyrambiści, którzy zaczęli czcić nowego boga. Warto sięgać w przeszłość. Umarli powiedzą nam, co nas czeka. Ich możemy pytać o przyszłość.

(wywiad zamieszczony w Tygodniku Powszechnym nr 26 z 29 czerwca 2003)




POWRÓT













Homini - TYNIEC Wydawnictwo Benedyktynów ul. Benedyktyńska 37, 30-398 Kraków, tel. (012) 688-52-90 fax. (012) 688-52-91 więcej ››